Washington i wartości narodowe

Dziewiąty dzień naszej wyprawy poświęciliśmy na jednodniową wycieczkę do stolicy – Washingtonu. Wstaliśmy wcześnie, żeby nie tracić czasu. Wiedzieliśmy, że jeden dzień to i tak bardzo mało, żeby zobaczyć miasto. W końcu Nowy York zajął nam ich 6. Odjechaliśmy busem z centrum Filadelfii o 6:45. Po 3-godzinnej podróży byliśmy na dworcu w stolicy.

Od razu zauważyliśmy, że jest to miasto zupełnie inne niż poprzednie dwa. Przede wszystkiem miasto wydaje się zupełnie… nowe. Wszystko jest bardzo zadbane, przemyślane, poukładane. Trochę jak miasto z jakiejś przypowieści. Gdy przeczytaliśmy w przewodniku, że Washington powstał zaledwie 216 lat temu i od początku miał być miastem głównie o celach administracyjnych (siedziba rządu i prezydenta), w ogóle się nie zdziwiliśmy. To widać, że niedawno ktoś to planował na papierze. Nie ma miejsca na spontaniczny rozwój miasta. Należy też pamiętać, że całe Stany mają bardzo krótką historię. To czego uczymy się o Polsce na lekcjach historii poprzedza jakiekolwiek wydarzenia w Ameryce o wiele setek lat. Ten brak długiej historii wydaje się czasami widoczny. Nawet w rozmowach z ludźmi, którzy nie czują tak wielkiego związku z przeszłością czy tradycją narodową co my. Nie wiem czy to lepiej czy gorzej.

Wiemy za to, że Washington baaardzo nam się podoba. Jest dużo zieleni, porządek, no i… wszystkie atrakcje turystyczne za darmo! Nie tracąc czasu zaczęliśmy zwiedzanie od pierwszego obiektu na naszej drodze z dworca, czyli Kapitolu – odpowiednika polskiego sejmu i senatu. Budynek prezentował się cudownie i bardzo majestatycznie. Cały biały, do tego ochrona, czarne rządowe terenówki i od czasu do czasu przechodzący politycy otoczeni grupkami fanów i dziennikarzy. Podczas zwiedzania Kapitolu skorzystaliśmy z darmowego przewodnika, który naszą grupę zaprosił na film o historii USA (lekko propagandowy) a później dość dokładnie oprowadził nas po wielu ciekawych zakątkach (też historycznych) Kapitolu. Pomieszczenia czasami łudząco przypominały Bazylikę św. Piotra w Watykanie.

Po wyjściu z Kapitolu zobaczyliśmy Narodową Biblioteką, Sąd najwyższy i pomnik Waszyngtona (wysoką szpicę na środku placu biegnącego od Kapitolu). Nie wiedzieliśmy, że jest on tej punktem widokowym i że można wjechać na samą górę windą. Niestety była zepsuta. Później przespacerowaliśmy się wzdłuż brzegu Tidal Basin (jeziorko), by z dala zobaczyć Memorial Martina L. Kinga i z całkiem bliska Memorial Lincolna (gość na tronie). Później Biały Dom (tam blisko nie można podejść) i z powrotem na dworzec. Nie mieliśmy czasu na zwiedzanie muzeów czy rządowych budynków typu archiwa czy FBI. Z resztą czuliśmy, że lepiej jest pochodzić na zewnątrz i trochę poczuć atmosferę miasta. A atmosfera była niezwykła. Byliśmy bardzo zadowoleni z naszej wycieczki i wydaje nam się, że poznaliśmy dzięki niej trochę lepiej amerykańską kulturę. Kulturę, w której olbrzymią wartością jest historia, kraj, symbolu narodowe, gdzie wszyscy są przeświadczeni o wspaniałości narodu i jego światowym przywództwie. To niesamowite uczucie być w kraju, który słusznie czy nie uważa się za najwspanialszy. W Polsce rzadko spotykamy ludzi, którzy tak bardzo kochają nasz kraj. Tutaj to norma. Wszyscy są w niego wręcz zapatrzeni. Dowodem na to są niekończące się pomniki, memoriale, miejsca czci wszystkiego co związane z historią (a przecież tak krótką) kraju. W Waszyngtonie szczególnie na każdym rogu był jakiś pomnik prezydenta, działacza, żołnierza, memoriały wojenne, itd. Amerykanie zdecydowanie uczą wartości narodowych. A wydaje mi się, że mamy czego się uczyć. Niezależnie od upodobań politycznych, czy ktoś cenił czy gardził Lechem Kaczyńskim był on naszym prezydentem, przedstawicielem narodu, najważniejszą osobą w kraju, która zginęła tragicznie. W USA byłby on wspominane setki lat, wzniesiono by tysiące pomników, może zorganizowano by nawet jakieś coroczne rocznice. W Polsce niestety część osób z niego kpi, druga część robi na śmierci politykę.

Wracając jednak do naszej wycieczki i spraw całkiem przyziemnych: zjadłem obiad przed wyjazdem z Taco Bell – zawsze chciałem tego spróbować i wróciliśmy do Filadelfii. Merge (nasza gospodyni) odebrała nas z dworca. Mieliśmy trochę śmiechu, bo przez telefon uprzedziła nas, że będzie małym niebieskim autkiem. Przyjechała Passatem Combi. Cóż, Ameryka i ich wielkie rozmiary… Idziemy spać.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s